Impreza

34.

Automatyczna brama niby baśniowy sezam otwarła się z cichym szelestem, pozwalając mi wjechać moim mechanicznym koniem do środka, by obejrzeć skarby, jakie skrywała przed światem. Podążając śladem Bogusia, kamienną dróżką wspięłam się na wysokie wzgórze i zaparkowałam przed domem z drewnianych bali, który na pierwszy rzut oka wyglądał na opuszczony. Żaluzje pozamykane, wokół żywej duszy. Czy mój nowy znajomy nie mówił przypadkiem, że u niego trwa właśnie impreza? Zawahałam się. Jeszcze miałam szansę zawrócić i uciec. Ale Bogdan był szybszy. Wysiadł ze swojego samochodu i zanim zdążyłam cokolwiek zrobić otwarł moje drzwi. Na szczęście teraz dobiegły mnie stłumione dźwięki muzyki. Weszliśmy do ciemnego, długiego jak tunel korytarza, na końcu, którego skrzyło się skąpe światło. Szliśmy w milczeniu w stronę światłości jak dwie duszyczki, które właśnie opuściły ziemski padół. Gdy tylko przekroczyliśmy próg salonu wielkości mojego mieszkania, podbiegła do nas szczupła blondynka. Zignorowawszy mnie rzuciła się Bogdanowi na szyję.

- Misiaczku! Wszędzie cię szukałam! Gdzie ty byłeś? Ładnie to tak uciekać z własnych urodzin? -  zapytała z wyrzutem, całując Misiaczka raz po raz w usta. Misiaczek przyjął te czułości bez entuzjazmu, nie odwzajemnił ani uścisku ani całusków. Delikatnie odkleił dziewczynę od siebie, postawił obok i wykorzystując chwilową przerwę w muzyce oznajmił tubalnie:

- To jest moja znajoma, Gabrysia!

Wszyscy jak jeden mąż spojrzeli w moim kierunku. Panie, a właściwie młode panienki o powtarzalnej urodzie typu: długie włosy, wydęte, krwistoczerwone usta, smoky eses, każda obowiązkowo w króciutkiej mini z głębokim dekoltem, zlustrowały mnie od stóp do głów, oceniając mój strój, obuwie, fryzurę i makijaż z taką uwagą jakby zasiadały w jury konkursu wyborów miss. Co oczywiste i jasne jak słońce – nie wyszłam z tej oceny zwycięsko. Patrząc z pogardą na mój wygnieciony, szary żakiet, zmięte, czarne spodnie i rozczochraną fryzurę rodem z lat osiemdziesiątych, kiwnęły z ulgą głowami, tracąc jednocześnie zainteresowanie moją osobą. W stadzie wygłodniałych samic nie stanowiłam zagrożenia i zadawanie mi „pytań na inteligencję” nie było potrzebne. Panowie także dokonali lustracji, jednak w ich rankingu mój strój czy buty znajdowały się na samym końcu listy sprawdzającej.

- Dobry wieczór – powiedziałam grzecznie jak mała dziewczynka, która przypadkowo weszła do pokoju pełnego rozbawionych dorosłych.

- Cześć, hej, witamy – dobiegło z różnych stron.

- O Boguś! Znalazłeś się wreszcie! – chwiejnym krokiem podszedł do nas wątłej postury, brodaty, z wielką grzywą nad czołem blondyn. Podał mi spoconą dłoń. – On zawsze ucieka z imprez – wyjaśnił nieco bełkotliwie, ale za to z szerokim uśmiechem na twarzy – zwłaszcza swoich. Ech, Bogdan, Bogdan – poklepał Bogusia po ramieniu. – Jak ty to robisz, stary? Wychodzisz na chwilę do lasu i wracasz z taką piękną kobietą. Szczęściarz z ciebie!

PIĘKNĄ! Kocham go. I nie obchodzi mnie, że jest pijany.

Blondyna, która znowu wisiała na szyi Bogdana, odwróciła się gwałtownie i spojrzała na mnie mrużąc oczy. Delikatnym ruchem przesunęła dłonią po policzku Bogusia, by po chwili znienacka zacisnąć palce na jego brodzie.

- Może mnie przedstawisz? – podkręciła mocniej imadło tak, że usta Bogusia utworzyły śmieszny dzióbek. – PĄCZUSIU? – dodała ponaglająco, siląc się na przyjacielski uśmiech. Fałszywy uśmiech. A słowo „pączusiu” zabrzmiało jak rozkaz do rozstrzelania.

- To jest Paula – Pączuś dokonał wylewnej prezentacji, po czym oderwał od swojej twarzy długie, pokryte hybrydą pazury. – Przepraszam na chwilę, pójdę wstawić wodę na herbatę – zwrócił się do mnie – może być biała?

Skinęłam głową. Misiaczek-Pączuś w jednej osobie odszedł, a w ślad za nim podążyli brodaty blondyn i Paula. Stałam niepewnie tuż przy drzwiach. Wodziłam wzrokiem dookoła w poszukiwaniu miejsca dla siebie.  Pod ścianą, w przeciwległym rogu salonu stała skórzana, biała sofa. Tam się zadokuję – postanowiłam i ruszyłam szybkim krokiem w kierunku mej przystani. Niestety cumowanie nie przebiegło bez zakłóceń, bowiem kiedy sunęłam do upatrzonego miejsca, nagle, jak spod ziemi, wyrosła przede mną Paula. W dłoni ściskała kieliszek czerwonego wina. Z niepokojem obserwowałam, czy szkło wytrzyma pod naporem jej silnych palców, czy też podda się i rozpryśnie na tysiąc, ostrych kawałeczków.

- Słuchaj no, STARA. Nie wiem, co kombinujesz, ale JA znam takie jak TY. Skąd się tu wzięłaś? Nie jesteś znajomą Misiaczka. JA – znowu położyła duży nacisk na to słowo. – JA – powtórzyła na wypadek, gdym nie zrozumiała -  znam WSZYSTKICH jego znajomych. Przyznaj się! Koczowałaś przed jego domem? Chcesz go upolować?

Otworzyłam usta – sama nie wiem po co, bo nie miałam bladego pojęcia, co powiedzieć i o co tej dziewczynie chodzi. Na szczęście problem szybko się rozwiązał, bowiem okazało się, że postawione przede mną pytania były pytaniami retorycznymi. Paula nie czekając na mój odzew, kontynuowała, sama sobie odpowiadając.

- Na pewno chcesz – stwierdziła z przekonaniem – ale nie uda ci się to. Jesteś jakby za STARA dla niego he, he, he, heh!!! – zarżała głośno. Pociągnęła łyk wina. Stałam z nią twarzą w twarz, a raczej twarzą w wielki, zielonkawy kryształ, który dyndał tuż nad jej czołem. Kryształ połączony był ze sznureczkiem mniejszych kryształków, oplatających koroną jej jasne włosy. Ta ozdoba w hinduskim stylu, doskonale pasowała do obciskającej ciało Pauli króciutkiej, błyszczącej srebrzyście sukienki i srebrnych sandałków na wysokiej, metalowej szpilce. Paula była dosyć niska, ale trzeba bezstronnie przyznać – bardzo piękna.

- Znam JA takie jak TY – kontynuowała swój monolog, jak tylko przełknęła. – Mnie nie oszukasz.  Ale ostrzegam! Uważaj! JA jestem miła. Kłótnie, afery, awantury, to nie dla mnie. JA jestem bardzo wrażliwa. BARDZO. Ale jak KTOŚ – wspięła się na palce i zajrzała mi w oczy -  wejdzie mi w paradę to wiesz, JA mogę zrobić mega ogień, mega atom, a nawet mega pierwiastek! Krzyniu! – zwróciła się nagle do przechodzącego obok mężczyzny. – Tańczymy!

Paula przypominała film, w którym jest dużo nagłych zwrotów akcji. Wymachując kieliszkiem ponad głową oddaliła się tak nagle jak się pojawiła. Krzyniu mętnym wzrokiem wgapił się w jej cycki, zachwiał się przy tym niebezpiecznie, lecz na szczęście z pomocą przyszły pośladki dziewczyny, których uchwycił się jak tonący brzytwy. Tak przytuleni „tańczyli” kiwając się w równym rytmie to na prawo, to na lewo, niemal nie odrywając stóp od podłogi.

Kiedy otrząsnęłam się z chwilowego szoku, wielkimi susami dopadłam wreszcie upragnionej sofy. Tutaj, nie niepokojona już więcej przez nikogo mogłam ochłonąć i spokojnie rozejrzeć się. Wokół w większości młodzi ludzie tańczyli, rozmawiali, siedzieli, leżeli, jedli, pili. Jak to na imprezie. Nikt nie zwracał na mnie uwagi. Salon, widoczny z mojego kąta jak na dłoni, urządzony był nowocześnie i elegancko. Szklany stół, przeźroczyste krzesła, liczne półki z równo ułożonymi książkami i płytami. Trzy ściany salonu pomalowane były na śnieżnobiały kolor, co ładnie kontrastowało z czwartą, pomalowaną na czarno, brokatową farbą, która błyszczała w bladym świetle sączącym się z lampek przymocowanych tu i ówdzie do sufitu.  Przyglądałam się tym lampkom dobrą chwilę. Ich rozmieszczenie wyglądało na zupełnie przypadkowe. Tak jakby ktoś instalował je będąc pod wpływem czegoś mocniejszego.  Dwie lampki świeciły tuż obok siebie, trzecia w odległości pół metra, czwarta jeszcze dalej, obok niej kilka migotało w nieco krzywym kółeczku. Ciekawe. Jeszcze nigdy nie widziałam, żeby ktoś w taki sposób zainstalował oświetlenie. Na ogół odległości są skrupulatnie wymierzone, a lampki ułożone symetrycznie na całej powierzchni sufitu. A tu kompletny chaos. Wędrowałam wzrokiem od jednej lampki do drugiej aż dokładnie nad moją głową natknęłam się na wymalowany czarną farbą napis: „Symetria jest estetyką głupców” /Pablo Picasso/. Najpierw van Gogh, teraz Picasso. Mój nowy znajomy jest miłośnikiem malarstwa, albo cytatów, albo lubi się popisywać…

- Podoba ci się? -  o wilku myśl. Stał przede mną jak kelner ze srebrną tacą, z której wprawnym ruchem zdjął dwie, porcelanowe filiżanki, pękaty dzbanek i cukierniczkę.

- Tak. To jest bardzo… – szukałam w głowie odpowiedniego określenia. Nie chciałam go urazić. W końcu był dla mnie bardzo miły.  – Intrygujące – wybrnęłam dyplomatycznie.

Zaczął się śmiać.

– Czyli nie podoba ci się.

- Nie, tego nie powiedziałam, ale ja – wskazałam palcem na napis na suficie – jeśli wierzyć Picassowi, należę do głupców. Przynajmniej w zakresie estetyki.  Lubię mieć wszystko równiutko ułożone, wymierzone z dokładnością, co do milimetra. Chaos, który niewątpliwie robi wrażenie, przeraża mnie.

- A ja lubię chaos. Mam wrażenie, że wtedy życie się dzieje. Poza tym to wygodna wymówka dla bałaganu. Nie chce ci się sprzątać? Mówisz: „tylko w takim chaosie dobrze mi się myśli” i wszyscy kiwają głowami ze rozumieniem – znowu się roześmiał. Patrzyłam jak dużymi, szerokimi dłońmi nalewa zgrabnie herbatę z dzbanka do filiżanek. Podał mi jedną i usiadł naprzeciwko.

- Niezłe, prawda?

- Przyznaję, sprytne, ale wiesz co? Mnie się wydaje, że ten twój chaos jest dobrze przemyślany, mnie nie nabierzesz -  roześmiałam się prawie zapominając skąd się tu wzięłam. – Ja jestem mistrzynią kamuflażu. Na świecie jest tylko jedna osoba, która zna moje prawdziwe ja – to ja sama. Założę się, że ty jesteś bardzo poukładanym, inteligentnym człowiekiem, tyko z jakichś względów wolisz pozować na kogoś innego.

- Niebezpieczna jesteś. Znamy się jakieś pół godziny, a ty już mnie rozgryzłaś – uśmiechał się do mnie szeroko, co nie umknęło uwadze Pauli. Zjawiła się natychmiast. Usiadła na kolanach Bogusia, w taki sposób, bym mogła popodziwiać jej zgrabną pupcię, którą wdzięcznie zakołysała. Bogdan wyjrzał zza Pauli i wzniósł oczy do nieba. Dopiero teraz dostrzegłam, że miał w sobie coś budzącego niepokój. Nie wiedziałam dokładnie co. Może to jego spojrzenie, w którym czaiła się duma, hardość, siła i jakaś nieodgadniona tajemnica? A może głęboko skrywany smutek? Z pewnością jego lekko skośne, ciemnobrązowe oczy przykuwały uwagę, intrygowały. Jednocześnie w rozmowie wydawał się miłym i sympatycznym człowiekiem. Nie, nie był przystojny, ani piękny, taki przeciętny gość, jakich tysiące na ulicach. Miał pociągłą, śniadą twarz, wąskie usta, lekki zarost i długie, czarne włosy, które opadały na jego szerokie ramiona. Dalibóg nie wiem, dlaczego miałabym koczować przed jego domem? Może jest bogaty?

- Pączusiu, zajmij się swoją Paulisią – zaszczebiotało wdzięcznie kręcące się dziewczę. – Chodź zatańczymy!

- Za chwilę! – Bogdan zrzucił ją z kolan jak natrętnego kota. – Nalać ci herbaty?

– Herbaty? – Paulisia wydęła usta z pogardą.  – Ty i te twoje dziwactwa! Wódki byś się napił jak prawdziwy mężczyzna, a nie tylko herbata i herbata! Wina mi przynieś! – rozkazała. Założyła nogę na nogę i z obrażoną miną zapatrzyła się w ścianę.

- Dareczku!  – Bogdan zawołał do stojącego przy barku wygolonego na łyso chłopaka. – Przynieś mi kieliszek wina!

- Już się robi szefie! – młody mięśniak jednym haustem wypił to, co mu zostało w szklaneczce, po czym zabrał się za poszukiwanie odpowiedniej butelki. Najwyraźniej żadna mu się nie podobała, bo tylko podnosił je kolejno do góry, oglądał pod światło, kręcił przecząco głową i wypijał pozostałe w nich resztki. Raz się krzywił z obrzydzeniem, raz kiwał głową na znak aprobaty, ale wciąż nie mógł znaleźć tego, czego szukał. Patrzyliśmy na niego w napięciu, kibicując mu w duchu. Miałam ochotę krzyczeć: „Darek, Darek, Darek!”. Liczba odkładanych na bok butelek rosła w szybkim tempie i wkrótce stało się jasne, że sprawa jest o wiele bardziej skomplikowana niż się wydawało. Pierwsza z kibicowania zrezygnowała Paula, która rzuciła wściekłym spojrzeniem w Pączusia, ten jednak, jak na prawdziwego mężczyznę przystało, niczego się nie domyślił i nie zważając na jej ewidentne niezadowolenie zwrócił się do mnie, starając się przekrzyczeć puszczoną właśnie jakąś demoniczną piosenkę.

- A wiesz, że w mitologii greckiej chaos był początkiem wszystkiego?! Nieba, ziemi, miłości! Powstaliśmy z chaosu!

- Pewnie dlatego teraz tak się miotamy! – odkrzyknęłam i zasępiłam się. Chwilowe zapomnienie, które przyniosło upragnioną ulgę, zaczęło odchodzić w szybkim tempie w niepamięć. Pomyślałam o dzieciach, o Stasiu, o przegranym życiu. PRZEGRANYM! Mój były mąż mówił, że dramatyzm mam we krwi. Może przesadzam, ale nic na to nie poradzę, że znowu dopadło mnie to okropne przygnębienie odbierające siły i chęć do wszystkiego, to paskudne przygnębienie wysysające całą energię, gaszące światło i zostawiające cię samą w pustym, ciemnym, przerażającym pokoju. Oczyma wyobraźni widziałam smugę oślepiającego światła dobywającego się z sąsiedniego pokoju, która znikała powoli wraz z zamykającymi się cichutko drzwiami. Była coraz węższa i węższa, aż zniknęła całkowicie. Opadałam na poduszki oparcia sofy. Jakiś nawiedzony wokalista ryczał diabelskim, szorstkim głosem, potęgując grozę mrocznego pokoju, w którym zostałam zamknięta.  Nie miałam już ochoty z nikim rozmawiać, nikogo widzieć. Nie miałam też niestety siły, by się poderwać i uciec.  Popatrzyłam na Bogdana. Przyglądał mi się badawczo, a w jego oczach zobaczyłam zrozumienie i współczucie. Bez słowa wziął Paulę za rękę i poprowadził do zagubionego wśród kolorowych butelek Dareczka. Szybko wybrał jedną z nich, kanciastą z brązowawym płynem w środku. Nalał co nieco do pękatego kieliszka, zostawił Paulę na parkiecie i wrócił do mnie. Położył butelkę na stoliczku, kieliszek wcisnął w moją dłoń.

- Pij! – rozkazał.

- Nie. Dzięki. Ostatnio jak się upiłam, to nic dobrego z tego nie wynikło.

– Jesteś alkoholiczką? – zapytał rzeczowo.

- Nie.

- To pij! Niektóre smutki najlepiej zalać, aż utoną z braku tlenu.

- To nie takie proste. Nie utoną tak łatwo.

- Prędzej czy później pójdą na dno. Pij!

- Nie mogę. Jutro muszę iść do pracy. Właściwie to powinnam już siedzieć w aucie…

- Dareczku! – Boguś ponownie zakrzyknął do łysego mięśniaka. – Wypiszesz zwolnienie z pracy dla mojej znajomej?

Dareczek pokiwał głową, uniósł kciuk do góry, zachwiał się i zniknął pod barem.

- No i widzisz. Problem z głowy. Pij!

Nie byłam całkiem przekonana.

- Dareczek jest lekarzem – wyjaśnił Boguś. – Kardiologiem – dodał widząc moją minę. – Jutro wypisze ci co trzeba, także możesz się nie przejmować pracą. Pij!

- Nie…

- PIJ!!!

- Okej! – z wahaniem uniosłam dłoń. Przyłożyłam kieliszek do ust, w nozdrza uderzył ostry zapach alkoholu. Wypiłam jednym haustem. Zakrztusiłam się.

- Świetnie – ocenił mój wyczyn Boguś – a teraz, jak to się mówi, na drugą nóżkę – oznajmił zadowolony i ponownie zapełnił mój kieliszek.

- Wystar…

- PIJ!

Wypiłam przysięgając sobie w duchu, że na tym koniec.

- A teraz idziemy tańczyć!

- Nie ma mowy! Ostatni raz tańczyłam z chłopakiem chyba na studniówce. Także nie, dziękuję.

- To smutne twoje życie jest, droga pani. Tym bardziej idziemy. Chodź! – Bogdan pociągnął mnie tak mocno, że wyskoczyłam z sofy jak odbita od ściany piłeczka tenisowa.

- Nie tańczę! Za żadne skarby! – opierałam się. Przecież nie będę się wygłupiać przed ludźmi! Za stara już jestem na to.

Niezrażony moimi protestami Boguś wywlókł mnie na środek salonu. ”Ooooooo, ooooooo, uptown girl, she’s been living in her uptown word…” – na wielkim ekranie telewizora przebrany za mechanika samochodowego Billy Joel zaczął śpiewać do francuskiego klucza. Poruszał się w rytm muzyki, drobiąc śmieszne kroczki i próbując poderwać piękną, bogatą panią w szerokim kapeluszu na głowie. To była moja ulubiona piosenka w młodzieńczych czasach. W czasach dorosłości zupełnie o niej zapomniałam. Moje nogi same rwały się do tańca. Alkohol też zrobił swoje i usłużnie wyłączył wszystkie obszary odpowiedzialne za samokontrolę, dlatego już po chwili razem z Billym dreptałam rytmicznie wokół rozbawionej młodzieży. Kolejna piosenka była nieco wolniejsza. Boguś porwał mnie w swoje ramiona, jednak czujna Paula szybko mi go odbiła, zostawiając na pocieszenie Krzynia. Krzyniowi generalnie było wszystko jedno, z kim tańczy, byle tylko mógł przykleić twarz do biustu, a dłonie do pośladków. Jego łapy wędrowały nachalnie w górę i w dół po moim tyłku, a alkoholowy odór ogrzewał nieprzyjemnie piersi. Bezskutecznie próbowałam wyswobodzić się z nadspodziewanie silnego uścisku, co Krzynio odebrał jako zachętę do dalszych igraszek i wsunął dłoń za pasek moich spodni. Podnosiłam zgiętą w kolanie nogę by walnąć go z całych sił w krocze, lecz na jego szczęście Boguś w porę przyszedł z odsieczą. Wcisnął Krzyniowi w ramiona Paulę, a mnie pociągnął z powrotem na sofę.

- Przepraszam za niego. To porządny chłopak, ale jak się upije to nie panuje nad sobą.

- Nie jesteś zazdrosny? – zapytałam, widząc jak „porządny chłopak” obmacuje teraz Paulę.

- Zazdrosny? – Bogdan spojrzał na mnie zdziwiony.

- O Paulę! Nie jesteś o nią zazdrosny?

- Nie. Paula to tylko moja przyjaciółka.

- Acha.

Z tego, co mówiła Paula, wydawało mi się, że to coś więcej niż przyjaźń, jednak nie drążyłam tematu. W końcu to nie była moja sprawa. Nie znałam tych ludzi i nie miałam ochoty zagłębiać się w ich życiorysy. Żałowałam, że wypiłam te dwa kieliszki, bo teraz chętnie wsiadłabym w samochód i pojechała w siną dal. Albo do domu po prostu. A tak utknęłam tu i nie bardzo widziałam, co dalej. Nigdy nie lubiłam chodzić na imprezy, nie lubiłam rozmów o niczym, sztucznej wesołości, wymuszonej uprzejmości. Jeśli zdarzyło się, że ktoś zaprosił mnie na imieniny czy urodziny zawsze wymawiałam się nadmiarem pracy albo pilnym wyjazdem. Z czasem ludzie przestali mnie zapraszać, a ja nie musiałam kłamać.  Na szczęście tutaj nie znałam nikogo i nie musiałam się wysilać i udawać kogoś innego niż jestem. W milczeniu obserwowaliśmy z Bogdanem wysiłki Krzynia. Jego ręce raz po raz wsuwały się niby przypadkowo pod krótką spódniczkę dziewczyny. Paula skwapliwie odwzajemniała jego czułości, poruszając rytmicznie biodrami na boki. Boguś nalał dwa kieliszki. Jeden mi podał.

- Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin -  powiedziałam, żeby tylko coś powiedzieć.

- Dzięki – mruknął Bogdan obojętnie patrząc na tańczących.

- Które to?

- Trzydzieste ósme.

- To gówniarz z ciebie jeszcze, chociaż myślałam, że jesteś dużo młodszy.

Bogdan spojrzał na mnie.

- A ty niby ile masz lat?

- Nie wiesz, że kobietom nie zadaje się takich pytań?

- Wiem. I co z tego. Ile?

Przez krótką chwilę zastanawiałam się czy nie skłamać, ale postanowiłam, że nie. Powiem prawdę.

- Czterdzieści cztery.

- Wyglądasz na trzydzieści pięć, sześć.

- Co teraz powinnam ci powiedzieć? Nie żartuj? Nie przesadzaj?

- Możesz się ucieszyć, podziękować, uwierzyć, a możesz też nic nie mówić – Bogdan zacisnął usta. Wypił szybko drugiego drinka i pobiegł za Krzyniem i Paulą, którzy zniknęli właśnie za jakimiś drzwiami.

Może i nie wyglądam na swój wiek, ale czuję się staro. Czuję się jakbym miała co najmniej osiemdziesiąt lat i żadnej przyszłości przed sobą, a jedynie przeszłość i wspomnienia za sobą. Opadłam na futrzane poduszki. Powinnam się zastanowić, co zrobić po powrocie. Przyjąć posadę wiceprezesa i pracować ze Stasiem? Przecież to niemożliwe. Nie mogłabym spojrzeć w oczy jego ojcu… Zrezygnować z pracy? A gdzie ja znajdę coś nowego? W moim wieku?  Po raz pierwszy od długiego czasu nie wiedziałam, co dalej. Zapędziłam się w kozi róg. Na własne życzenie. Do tej pory skoncentrowana na utrzymaniu i wychowaniu dzieci nie miałam takich dylematów. Dzieci, praca, dom. Dom, praca, dzieci. Praca, dom, dzieci. Stabilizacja. Nuda. Beznadzieja. Przymknęłam oczy. Pomyślę o tym jutro. Jak mawiała Scarlett o’Hara, mimo wszystko, życie się dzisiaj nie kończy.

Opublikowano pozory prawdy | Otagowano , , , | Skomentuj

Moja Kambodża

33.

Leżałam na trawie w Kambodży pod czarnym niebem pełnym gwiazd. Nie miałam dokąd pójść. Więc leżałam. A potem przyszedł on. Bartosz Opania. I powiedział: „Chodź. Mam tu pokój na górze. Prześpisz się w moim łóżku.” Poszłam za nim.

W niewielkim pokoju stały cztery łóżka. Trzy przykryte burą, zmiętą pościelą, czwarte gładko zaścielone.

- W którym mogę się położyć? – zapytałam.

- To jest moje – wskazał jedno ze zmiętych. Byłam zmęczona. Było mi wszystko jedno. Bartosz Opania poszedł sobie. Szkoda.

Leżałam w pokoju w Kambodży tuż przy oknie, za którym wisiały grube, pionowe liny. Czułam duszący smród smaru. Po chwili pokój ruszył. Pojechał powoli w dół. Liny za oknem przesuwały się miarowo w górę. Pokój zwolnił, szarpnął, zatrzymał się. Po paru sekundach znowu ruszył. Zjechał jeszcze niżej, przystanął na moment, po czym pojechał z powrotem do góry. Obserwowałam sunące za oknem liny i wiedziałam, że mimo zmęczenia nie zasnę. Ten smród, gwałtowne szarpanie, ta ciągła jazda w górę i w dół… Ktoś dotknął delikatnie mojego ramienia.

- Bartosz? – wyszeptałam. Uśmiechając się błogo otworzyłam oczy. Pochylał się nade mną jakiś człowiek. Nie był to Bartosz.  Nie było też łóżka w pokoju w Kambodży, ani lin za oknem. Była za to gęsta noc rozświetlona poświatą księżyca, twarda podłoga, od której bolały mnie wszystkie kości i przenikliwe zimno, od którego cała dygotałam.

- Słyszy mnie pani? – mężczyzna chwycił mnie za ramię.

Usiadłam z jego pomocą.

- Która godzina? – zapytałam usiłując powiązać Kambodżę, Opanię i nieznajomego w jedną, logiczną całość.

- Coś koło dwudziestej trzeciej. Dobrze się pani czuje? – przyglądał mi się z troską w oczach.

- Tak. Dobrze. Chyba… Trochę zmarzłam.

Pomógł mi wstać, zaprowadził na ławkę i okrył swoją kurtką.

Rozejrzałam się.

-  Gdzie ja jestem?

- Strumianki. Wieś niedaleko Żywca.

- Żywca? Boże, co ja tu robię?

- Tego nie wiem. Widziałem panią jakieś dwie, może trzy godziny temu. Siedziała pani w swoim aucie zaparkowanym na poboczu. A teraz, przejeżdżając, znowu zobaczyłem pani auto. Drzwi były otwarte na oścież. Zaniepokoiło mnie to i… i znalazłem panią leżącą na podeście.

Nieznajomy wyciągnął papierosy i poczęstował mnie. Odmówiłam gestem dłoni.

- Dziękuję…  – oparłam głowę o ławkę. Popatrzyłam na ciche góry oświetlone księżycem, przymknęłam oczy i wtedy, nagle, gwałtownie jak tsunami zalała mnie fala obrazów i emocji. Przypomniałam sobie przedpołudnie, kiedy Staś odwiózł mnie do domu i został u mnie… i potem, kiedy smażyłam jajecznicę na obiad, bo nic innego nie miałam w lodówce. Przypomniałam sobie zapach kawy i piosenkę płynącą właśnie z radia, w takt której rytmicznie „tańczyłam”. Rozpierała mnie energia, nieopisana radość. Czułam się wolna, lekka, jakbym w końcu została uwolniona ze szklanej klatki, która więziła mnie przez lata nie pozwalając prawdziwie żyć. „Od dzisiaj zaczynam nowe, lepsze, a co najważniejsze, szczęśliwe życie!” – wykrzykiwałam bezgłośnie, pełna optymizmu, którego ostatnio tak mi brakowało. Pamiętałam też jak Stasiu przyszedł za mną do kuchni, objął mnie od tyłu, całował w szyję i szeptał romantycznie „mniam, jajecznica, umieram z głodu”. I to, że w chwilę później znowu było tak cudownie, że aż trudno uwierzyć. Nawet teraz, kiedy o tym myślę, czuję przypływ gorąca i podniecenia, ale to miłe wspomnienie szybko rozgonił wdzierający się falą wspomnień ohydny swąd spalonej jajecznicy. Co za smród! – skrzywiłam się, choć dobrze pamiętałam, że wtedy zupełnie mi nie przeszkadzał.

- To wszystko przez ciebie! – śmiałam się wyrzucając zwęglone resztki do kosza. – Za karę będziesz głodował.

- Najadłem się już do syta. Tobą!

Patrzyłam na niego z czułością, nie przestając się uśmiechać.

-  Może zjemy parówki?  – zaproponowałam. Obracałam w dłoniach opakowanie znalezione na samym dnie lodówki. – Trochę przeterminowane, ale powinny być jeszcze dobre. Chcesz? – zapytałam, lecz nie takiej spodziewałam się odpowiedzi…

- Parówki to najgorsze, co można zjeść – stwierdził poważnie Staszek zapinając rękawy koszuli. – Moja żona, jako technolog żywienia z wykształcenia, a z zamiłowania dietetyczka, mająca bzika na punkcie zdrowego odżywiania…

Nie słyszałam już nic więcej. Moje mięśnie zesztywniały w ułamku sekundy. Szklane wieko klatki zatrzasnęło się z wielkim hukiem i triumfalnym okrzykiem: a nie mówiłem? Pociemniało mi w oczach. Nic nie czułam. Nic nie widziałam. Czas stanął w miejscu, a w głowie tłukło się tylko jedno, straszliwe słowo: ŻONA.

- …może wyskoczymy na miasto, znam jedną miłą knajpkę, w której serwują znakomite wina… – ciągnął, jak gdyby nigdy nic Staszek.

- Wyjdź! – przerwałam mu gwałtownie.

- Słucham? – zapytał zbity z tropu. Naprawdę nie rozumiał, o co mi chodzi!

- Wyjdź stąd natychmiast! – wycedziłam przez zaciśnięte zęby.

- Nie lubisz wina? – zapytał zdziwiony, nie rozumiejąc powagi sytuacji. – Przecież możemy zamówić…

- Wyjdź stąd i nigdy tu nie wracaj!!! – wrzasnęłam. Wybiegłam do przedpokoju, zerwałam jego kurtkę z wieszaka i cisnęłam mu prosto w twarz.

- Wynocha!!!

- Ale… – Staś patrzył na mnie zdezorientowany.  – Co się stało?!? Czy zrobiłem coś nie tak?

- Wyjdź!!! Natychmiast!!! – ryknęłam, popychając go agresywnie w kierunku drzwi. –  Nie chcę cię znać! Ty podły kłamco!!!

Zatrzasnęłam drzwi z takim hukiem, że aż zadzwoniły szyby w oknach. Buty! Otworzyłam drzwi. Wyrzuciłam jeden po drugim. Zatrzasnęłam drzwi. – Ty głupia idiotko! – krzyczałam. – Dlaczego nie spytałaś go wprost czy jest żonaty? Przyznaj się! Po prostu nie chciałaś tego wiedzieć! Nie chciałaś usłyszeć, że ma żonę! Dla tej jednej chwili zapomnienia, dla tej jednej, nędznej chwili szczęścia skrzywdziłaś jakąś niewinną kobietę! Jesteś podła! Podła! Rozumiesz? Złamałaś zasady, których miałaś się trzymać! I teraz masz za swoje! Spotka cię kara! I dobrze! Nie można budować swojego szczęścia na nieszczęściu innych!

Miotałam się po całym mieszkaniu. W napadzie furii rzucałam czym popadło, gdzie popadło. Złość pomieszana z rozżaleniem zaatakowała z całym impetem moje ciało i umysł. Musiałam ochłonąć. Musiałam wyjść. Nie mogłam patrzeć na łóżko gorejące jeszcze od namiętności. Ubrałam się i ściskając pod pachą torebkę zamknęłam, tym razem cicho, drzwi mieszkania. Włączyłam silnik i pojechałam. Jazda autem zawsze mnie uspokajała. Ulice pełne były ludzi wracających z pracy i szkół. Ruch wielki. Nerwowość. Włączyłam się do jakiegoś potoku samochodów zmierzających do domów pod miastem. Jechałam w ich otoczeniu czując się bezpiecznie, jednak po niedługim czasie auta zaczęły znikać w bocznych uliczkach i po około godzinie zostałam sama na drodze prowadzącej, jak to drogi mają w zwyczaju, dokądś. Chociaż akurat moja prowadziła donikąd. W głowie wciąż słyszałam: żona, żona, żona. Jak mogłam być tak naiwna? Jak mogłam sądzić, że taki fajny facet jest samotny? Wkrótce swoje rozważania musiałam odłożyć na potem, bowiem nie wiadomo skąd na drodze pojawiły się wielkie tiry wiozące różnorodne towary do sklepów. Dyszały mi „na ogonie”, raz po raz wyprzedzając ociężale mój mały samochodzik.  Czułam się jak płotka w otoczeniu żarłocznych rekinów. Wytężyłam wzrok, ścisnęłam mocniej kierownicę i skupiłam całą swoją uwagę na drodze. Mimo wszystko nie chciałam zginąć pod kołami jednego z tych gigantów. Napięta do granic możliwości uwaga pozwoliła zapomnieć o tym, co się stało, ale też szybko mnie wyczerpała. Byłam bardzo zmęczona i musiałam uciec z tego wyścigu, w którym z góry skazana byłam na porażkę. Zjechałam z głównej drogi w jakąś wąską, boczną dróżkę, która wspinała się łagodnie w górę. Po obu stronach rozciągały się łąki i pola. Jechałam chłonąc piękne widoki, rozkoszując się nadchodzącym wieczorem i intensywnie żółtym niebem. Wokoło było pusto, w oddali rozciągał się ciemny las. Szosa niestrudzenie pięła się w górę, coraz wyżej i wyżej. Na rozstaju dróg zauważyłam drogowskaz z informacją, że za pięć kilometrów jest taras widokowy. Bez wahania skręciłam w tym kierunku. Zawsze to jakiś cel. Jechałam wypatrując owego tarasu. Minęłam rozświetlony dom z drewnianych bali, czerwonym dachem i srebrzystym kominem, potem okazały, murowany dworek, posadowiony wśród starych dębów na szczycie wzgórza. Jego mieszkańcy nie musieli korzystać z tarasu. Wystarczyło, że wyjrzeli przez okno i za darmo dostawali przepiękną, górską panoramę. Pozazdrościłam im spokoju, jaki ich otaczał, tej filozoficznej zadumy przyrody, która wpływała na ich zachowanie, nastrój. Z pewnością byli tu szczęśliwi. Właśnie zaczęłam ich sobie wyobrażać, kiedy nagle droga skończyła się. Tak po prostu. Koniec asfaltu. Dalej gęsta ściana drzew.

- A więc – mruknęłam gwałtownie hamując i mierząc ścianę krytycznym wzrokiem – dojechałam do ściany. To musiało się tak skończyć. Teraz mam dwa wyjścia. Zawrócić, wrócić do domu by zmierzyć się z życiem, zawalczyć o siebie, albo… przeskoczyć ten mur i zacząć od nowa…

Póki co, zawróciłam. Wolno zjeżdżając w dół rozglądałam się w poszukiwaniu tarasu widokowego. Wkrótce zobaczyłam niewielki parking pod niewielkim drewnianym podestem, tak szumnie nazwanym. Nic dziwnego, że wcześniej go nie zauważyłam. Zaparkowałam. Pamiętam, że gdy tylko wyłączyłam silnik zaatakowały mnie ponownie gniew, złość na swoją głupotę i żal, że to jednak nie był TEN jeden jedyny, dający nadzieję na szczęście i odmianę losu. Długo siedziałam za kierownicą patrząc tępo gdzieś w dal. Jak przez mgłę widziałam białą terenówkę zjeżdżającą z góry. Kiedy mnie omijała nieco zwolniła, a jej kierowca z zaciekawieniem przyjrzał mi się, ja niestety nie zdążyłam go zobaczyć, bowiem gdy odwróciłam głowę przyspieszył i zostały po nim tylko czerwone światła w oddali. Nie wiem ile czasu siedziałam nie mogąc się poruszyć. Wysiadłam z auta, kiedy słońce wisiało już bardzo nisko nad górami. Zmusiłam zesztywniałe nogi do zrobienia paru kroków. Pięć schodków i stanęłam na tarasie widokowym.  Było ładnie. Magicznie. Pięknie. Tajemniczo. Przed moimi oczami dumnie występowały, niczym nieruchomi statyści na scenie, wyniosłe góry, lasy i doliny tonące w krwistym świetle zachodzącego słońca.  Przyniosłam z auta koc, by położyć się na twardych deskach tarasu. Ogarnął mnie błogi spokój. Leżałam i patrzyłam w niebo. Byłam tylko ja i wszechświat, wobec potęgi, którego moje problemy były niczym…

Wszystko sobie przypomniałam. Ze szczegółami. Niestety. Spojrzałam na towarzyszącego mi milcząco mężczyznę. Siedział obok z łokciami opartymi na kolanach, palił. Był wysoki, szczupły, na głowę zarzucił kaptur, spod którego wystawały dosyć długie włosy. Mógł mieć trzydzieści albo czterdzieści lat. W ciemności, jaka nas otaczała trudno było odgadnąć. To zabawne. Całe życie uważałam, że jestem tchórzem. Kiedy szłam pustą ulicą ciągle oglądałam się nerwowo za siebie. A teraz nic. Zero strachu. Mimo, że siedzę na jakimś pustkowiu, w środku nocy, z nieznanym facetem. Odwróciłam się. Biała terenówka stała zaparkowana obok mojego samochodu.

- Dlaczego człowiek tak często niszczy to, co zostało mu ofiarowane dla jego własnego dobra? – zapytałam wdychając opary gryzącego dymu ulatniające się z jego papierosa. Ja nie palę, nienawidzę papierosów. Jednak, jako dziecko często przebywałam w towarzystwie palących i do dzisiaj jestem biernym palaczem. Czy tego chcę, czy nie, podoba mi się zapach papierosowego dymu.

– Ma pan tutaj takie czyste, pachnące przyrodą, rześkie powietrze, a jednak zatruwa je pan i siebie przy okazji.

Odwrócił głowę i wydmuchał dym w przeciwnym kierunku.

- Na coś trzeba umrzeć. Świat też wiecznie trwać nie będzie – odpowiedział ponuro.

Wyciągnęłam rękę.

- Gabryśka.

Krótki, mocny uścisk.

- Bogdan.

- Mieszkasz w tym pięknym dworze na wzgórzu?

- Nie. Mieszkam obok.

- Fajnie.

- No… A ty? Co tu robisz?

- Też chciałabym to wiedzieć…

Jak na rozkaz oboje spojrzeliśmy w górę. Niebo upstrzone białymi punkcikami tworzyło ponad nami piękną kopułę tajemniczego wszechświata, ukrywającego przed naszymi oczami prawdziwe oblicze istnienia. Płynęło stamtąd wyraźne przesłanie, wypełniające serce nadzieją i pewnością, że po coś tu na tej ziemi jesteśmy, że mamy tu jakąś rolę do odegrania, że nie powinniśmy się bać przyszłości. Czułam jak owa niepojęta siła nakazuje mi wyrwać się z chaosu, wybudzić z letargu, w jakim tkwię od lat i zmienić swoje życie.

- Be clearly aware of the stars and infinity on high. Then life seems almost enchanted after all – Boguś przerwał tę magiczną ciszę. – „Bądź wyraźnie świadomy gwiazd i nieskończoności na wysokości.  Wtedy życie wyda się prawie zaczarowane, mimo wszystko” – przetłumaczył i dodał - Vincent Van Gogh. Napisał te słowa po namalowaniu „Gwieździstej nocy”.

Popatrzyłam na niego z uznaniem. Roześmiał się.

- Przeczytałem to kiedyś, gdzieś. Zapamiętałem i często cytuję różnym ludziom. Zawsze są pod wrażeniem. Tak jak ty teraz.

- Pewnie masz jeszcze kilka innych mądrości na podorędziu?

Znowu się roześmiał.

- Przejrzałaś mnie. Chcę uchodzić za mądrzejszego niż jestem.

- Nie ty pierwszy i nie ostatni. Wiem coś o tym.

 

Rzucił papierosa na deski tarasu i rozgniótł go butem.

 

– Jedź za mną – polecił wstając. – Zapraszam na herbatę.

- Nie… dzięki. Nie chcę przeszkadzać. Posiedzę tu jeszcze trochę i pojadę z powrotem do domu.

- Nie bój się, nie jestem mordercą ani zboczeńcem. Zresztą u mnie teraz trwa mała impreza, także przeszkadzać na pewno nie będziesz. Przynajmniej nie bardziej niż moi goście – wyciągnął dłoń moim kierunku. – Chodź. Napijesz się, zjesz coś i jak będziesz chciała to pojedziesz, a jak nie, to mam wolny pokój gościnny…

- Byłeś kiedyś w Kambodży? – przerwałam mu podnosząc wzrok.

- Nie – spojrzał zaskoczony moim dziwnym jak na te okoliczności pytaniem. – Dlaczego pytasz?

- Bez powodu. Jedźmy.

I pojechałam. Nocą. Do domu jakiegoś człowieka. Wbrew wyznawanej zasadzie ograniczonego zaufania do ludzi, wbrew zdrowemu rozsądkowi i logice. Pojechałam, bo chciałam poznać zakończenie mojego niedośnionego snu. To była moja Kambodża. Tyle, że Bartosz okazał się Bogusiem. No cóż, nie można mieć wszystkiego.

Opublikowano pozory prawdy | Otagowano , , , , | Skomentuj

Jak czytać KODY na naklejkach na owocach i warzywach?

Do owoców (rzadziej warzyw) sprzedawanych w supermarketach przyklejone są małe naklejki, na których znajduje się cyfrowy kod PLU (Price Look-Up Code). W tych cyferkach ukryte są m.in. ważne dla nas – konsumentów informacje. 

Kody PLU zostały wprowadzone przez supermarkety w 1990 roku w celu łatwiejszej i szybszej kontroli/identyfikacji produktów sprzedawanych luzem. Kody PLU to 4 lub 5-cyfrowe numery, które informują o rodzaju, odmianie, rozmiarze, a także, co dla nas najważniejsze, o zastosowanych metodach uprawy owoców i warzyw.

Oto na co należy zwrócić uwagę:

  • Kod CZTEROCYFROWY zaczynający się cyfrą 3 lub 4

Jeśli na naklejce są tylko cztery cyfry oznacza to, że owoce (lub warzywa) pochodzą z uprawy konwencjonalnej, co znaczy, że zostały wyprodukowane przy pomocy „nowoczesnych technik agrotechnicznych”, czyli przy wykorzystaniu dużej ilości nawozów i pestycydów.

  • Kod PIĘCIOCYFROWY zaczynający się cyfrą 8

oznacza, że ​​produkt jest genetycznie zmodyfikowany, czyli jest to żywność GMO, która nadal budzi wiele kontrowersji. Najczęściej genetycznie zmodyfikowane są: melony, banany, papaje, kukurydza, rzepak, soja.  Ponieważ kody PLU nie są obowiązkowe, firmy producenckie z reguły pomijają to oznaczenie i poprzestają na kodzie 4-cyfrowym.

  •  Kod PIĘCIOCYFROWY zaczynający się cyfrą 9

oznacza, że ​​produkt jest ekologiczny.

  • Jeśli owoce lub warzywa nie mają żadnego kodu PLU

Owoce lub warzywa, które są importowane z zagranicy powinny być oznakowane odpowiednim kodem. Jeśli nie mają etykiety – należy się liczyć z tym, że zostały one usunięte z konkretnego powodu. Jakiego – łatwo się domyślić.

kody PLU

Źródło:
http://www.ifpsglobal.com/Identification/PLU-Codes

Opublikowano prawda | Otagowano , , , , , , , , , | 2 komentarzy

Po prostu cudownie

32.

Chciałabym powiedzieć, że wypadłam jak burza z gabinetu nowego szefa, ale byłoby to wierutnym kłamstwem. Czułam się źle, miałam mętlik w głowie i marzyłam jedynie o tym, żeby wszyscy dali mi święty spokój. Bez słowa zabrałam ze swojego biura torebkę i płaszcz i wyszłam nie patrząc nawet na Martę. Wsiadłam do samochodu, włożyłam kluczyki w stacyjkę. Zakręciło mi się w głowie. Siedziałam z zamkniętymi oczami wsłuchując się w sztorm szumu i chaosu, jaki szalał we mnie, gdy nagle drzwi auta otworzyły się, a czarna kurtka zasłoniła mi widok na parking.

- Wysiadaj! – rozkazał groźnie znajomy głos wyrywając ze złością kluczyki.

- No już! – pomógł mi wysiąść, a właściwie wyciągnął mnie na siłę zza kierownicy i trzymając mocno pod ramię przetransportował na fotel pasażera.

- Nie mogę uwierzyć, że przyjechałaś samochodem! W takim stanie?! – pieklił się uruchamiając silnik.  – A ojciec chce, żebyś była drugim wiceprezesem! Przecież ty jesteś nieodpowiedzialna!

Ruszył z kopyta.

– Jeździć po pijaku. Tego to chyba ojciec o tobie nie wie?

Patrzyłam na zmieniający się krajobraz za oknem. Było mi wszystko jedno, co ojciec wie, a czego nie wie. Czułam się pusta. Moje życie było puste, nikomu niepotrzebne, nawet mnie. Nie miałam celu, nie widziałam sensu dalszej wegetacji. Mogłabym się zabić i pewnie przez długie miesiące nikt by nie odkrył mojego nędznego, martwego ciała.

- O czym myślisz?

Nawet na niego nie spojrzałam.  Przy przejściu dla pieszych zatrzymała się kobieta w jaskraworóżowym płaszczu i ciemnoróżowej czapce, spod której wystawały długie, kręcone, siwe włosy. Spojrzała na mnie nienawistnie. Aż ciarki przeszły mi po plecach. Na szczęście Staś zatrzymał się, aby ją przepuścić, w przeciwnym razie rzuciłaby na mnie zły urok. Jechaliśmy dalej w milczeniu. Przyglądałam się mijanym ludziom. Młody człowiek w kwestii ubioru nie ustępował siwej kobiecie. Do soczyście niebieskiej kurtki włożył pomarańczową czapkę. Jeszcze długo w falującym, szarym tłumie widziałam tę jego świecącą jak latarnia nocą głowę. Jechaliśmy w kolumnie aut, poruszając się powoli.   Razem z nami, po chodniku, jechał mężczyzna około trzydziestki. Na hulajnodze. Z gracją, wyprostowany jak struna i dużą wprawą lawirował pomiędzy ludźmi. Spod rozpiętej kurtki wystawała biała koszula i pasiasty krawat. Z satysfakcją spojrzał na mnie, odepchnął się trzy razy i pojechał zostawiając nas daleko w tyle. My utknęliśmy w korku. Ciemne chmury zasłoniły niebo.  Zerwała się wichura, na ziemię spadły pierwsze, ciężkie krople deszczu. Po chwili rozpętała się prawdziwa ulewa. Ludzie rozpierzchli się w różnych kierunkach szukając jakiegokolwiek schronienia, my zaś ruszyliśmy do przodu. Bez trudu dogoniliśmy – hm… jadący na rowerze to rowerzysta, ale jak nazywa się jadącego na hulajnodze? Hulajnogarz?  W każdym razie teraz to ja spojrzałam z satysfakcją na przemokniętego młodego człowieka, co nie umknęło jego uwadze. Wzruszył ramionami, odepchnął się mocno i znowu zostawił nas daleko w tyle.

- Wejdziesz? – zapytałam, kiedy wreszcie zaparkowaliśmy pod moim blokiem.

- Nie dziękuję – odparł Staś oddając mi kluczyki.

- A jak wrócisz?

- Poradzę sobie.

- No to do widzenia.

- Do zobaczenia jutro w pracy – Staś ujął moją dłoń i lekko ją uścisnął.

Spojrzałam na niego ze smutkiem, a on wysiadł z samochodu, obszedł go dookoła, otworzył moje drzwi i pomógł mi wysiąść.

- Odprowadzę cię na górę.

Trzęsącymi się rękami otworzyłam drzwi. Staś stał tuż za mną. Czułam na karku jego ciepły oddech.  Zadrżałam.

- To cześć i… dziękuję – weszłam do środka i zatrzasnęłam szybko drzwi. Idź już! – pomyślałam – Idź już stąd!

- Do jutra Gabrysiu – dobiegło zza zamkniętych drzwi.

O mój Boże… podobał mi się. I to bardzo. Za bardzo. Czerwona lampka ostrzegawcza zamigotała energicznie tuż przed moimi oczami. Niedobrze. Muszę natychmiast zdusić to uczucie. Nie mogę pozwolić wypełznąć mu jakąś szczeliną w twardej skorupie, w jakiej zamknęłam się wiele lat temu. Po co mi ktoś taki jak on? Zawróci mi w głowie, zakocham się, zacznie mi na nim zależeć, on zniknie, a ja będę cierpieć. Na pewno by mnie zranił, porzucił, oszukał. Zachowawcza, ostrożna Gabrysia nie pozwoli mu na to! Nikomu nie pozwoli się skrzywdzić! Niedostępna i oschła Gabriela przyrzekła sobie kiedyś, że nigdy więcej się nie zakocha, nigdy nie będzie od nikogo zależna, nigdy nie zaufa żadnemu mężczyźnie… Westchnęłam ciężko. Pęknięcie w pancerzu powiększyło się. Zawahałam się.  Z drugiej strony… może lepiej cierpieć, coś czuć, niż czuć tylko pustkę? Może lepiej coś przeżyć? Mieć, o czym myśleć, niż tylko tęsknić za dziećmi, które i tak pewnego dnia by mnie opuściły? Może wreszcie trzeba zacząć żyć własnym życiem? Bez strachu, bez ciągłego analizowania jak to będzie i bez czarnowidztwa? Zacząć cieszyć się życiem, bo to prawdopodobnie ostania moja szansa?

- Stasiu! – krzyknęłam w pustą już klatkę schodową.

- Tak? – dobiegło z dołu.

- Napijesz się ze mną kawy?

- Chętnie!

Wbiegł na górę pokonując po trzy stopnie naraz. Zdyszany stanął w progu, wszedł, kopnięciem zatrzasnął drzwi. Zdecydowanym ruchem przyciągnął mnie do siebie, przycisnął mocno do swojej piersi. Nie oponowałam. Całowaliśmy się jak szaleni. Bez opamiętania. Ból głowy zniknął, zniknęły wątpliwości, przyrzeczenia, cały świat wokół. Byliśmy tylko my. Liczyła się tylko ta jedna chwila zapomnienia.  Nawet nie wiem, kiedy znaleźliśmy się w sypialni, a potem… potem było jak na filmach. Po prostu cudownie.

Opublikowano pozory prawdy | Otagowano , , , | Skomentuj

Nienawidzę oszustów

31.

- Spóźniłaś się! – stwierdziła z satysfakcją Marta rzucając mi triumfalne spojrzenie.

- Widać najlepszym też się to zdarza – mój mózg miał jakieś krótkie spięcie i nastąpił przebłysk myślenia. Dobre i to – z rezygnacją pomyślałam o całym dniu siedzenia w pracy. Doprawdy nie wiem jak to wytrzymam.

- A wiesz, dzisiaj ma przyjść ten nowy prezes – oznajmiła z przejęciem Martusia. Wyciągnęła z wielkiej torby błyszczyk i lusterko. –  Chyba go jeszcze nie poznałaś?

- Nie, nie było mi dane – mruknęłam. Jasny gwint! Akurat dzisiaj musiał się przypałętać. Może nie będzie chciał się ze mną spotkać?

- Taki starszy, gruby facet o surowym spojrzeniu – wyjaśniła, choć wcale mnie to nie interesowało. – Był tu jakiś czas temu, ale krótko. Starzy faceci zawsze muszą mieć takie ogromne brzuszyska, to z pewnością dlatego, że..

Drrrr… drrrr….

Dźwięk telefonu przerwał Marcie niewątpliwie błyskotliwą myśl, jaką chciała wygłosić.

Podniosłam słuchawkę.

- Słucham.

- Pani Gabrysiu, prezes zaprasza panią do siebie za pół godziny.

Łupnęłam czołem o klawiaturę.

- Halo?

Chcę zasnąć i nigdy się nie obudzić.

- Pani Gabrielo?

- Dziękuję za informację. Będę u prezesa za pół godziny – spanie musi niestety poczekać.………………………………  Dopiero po dłuższym czasie zdałam sobie sprawę, że moja głowa nadal tkwi na klawiaturze. Z wysiłkiem wyprostowałam się. Marta siedziała z szeroko otwartymi oczami gapiąc się na mnie bezceremonialnie. Udałam, że jej nie widzę. Poprzerzucałam kilka papierów zalegających od miesięcy na biurku, po czym włączyłam komputer tylko po to, by móc wgapić się bezmyślnie w jakiś zapisany drobnym maczkiem arkusz excelowy. Mam trzydzieści minut do spotkania.  Pozostanę w stanie hibernacji do tego czasu.

- Hej, Gabi! – Marta lekko dotknęła mojego ramienia. – Słyszysz mnie? Gabryśka!

Wybudzona z letargu spojrzałam na nią nieprzytomnym wzrokiem.

- Jest dziewiąta, miałaś chyba iść do prezesa?

- Co?

- Idź do prezesa!

Zerwałam się na równe nogi. Potykając się o równą podłogę, z głową ciężką jak ołów i zamglonym wzrokiem pobiegłam do sekretariatu.

- Dzień dobry, pani Gabrysiu– jakaś elegancko ubrana, młoda kobieta uśmiechnęła się na powitanie.

- Dzień dobry, czy my się …. – w porę ugryzłam się w język. Chciałam zapytać czy my się znamy, ale przecież to była nasza sekretarka Amanda! Po prostu nie poznałam jej.  Amanda była nieziemsko piękna. Wysoka, szczupła, pełne piersi, długie, jasne, bujne włosy, wyrazisty makijaż, modny manicure, spódniczka obowiązkowo króciutka, a bluzeczka obowiązkowo obcisła. Robiła piorunujące wrażenie na wszystkich bez wyjątku mężczyznach, z czego oczywiście doskonale zdawała sobie sprawę. A dzisiaj… Włosy upięte w gładki kucyk. Makijaż tak delikatny, że wydawało się, iż go nie ma. Na paznokciach jedynie francuski manicure, do tego granatowy kostium ze spódnicą za kolano oraz koszulowa, biała bluzka zapięta pod samą szyję. Wyglądała jakby przyszła pisać maturę.

- Proszę wejść do gabinetu, prezes będzie za parę minut – wyjaśniła grzecznie.

Wciąż nie mogąc uwierzyć w to, co zobaczyłam, weszłam posłusznie do gabinetu i od razu z wielką ulgą klapnęłam na sofę. Przymknęłam oczy. W lekkim półśnie oczekiwałam na nowego szefa. Lecz coś nie dawało mi spokoju. Jakieś natrętne uczucie. Przeczucie. Myśl. Co? Otworzyłam oczy… siedział pod akwarium i gapił się na mnie, z tym swoim nieodłącznym, zarozumiałym, bezczelnym uśmieszkiem na paskudnej twarzy. Jaki on przystojny – pomyślałam rozanielona.

- Dobrze się bawisz? – syknęłam wrogo.

- Całkiem, całkiem. Nie narzekam.

Zagotowałam. Na szczęście w tym momencie dobiegł głos sekretarki: – Tak panie prezesie, pani Gabriela już czeka.

Otworzyły się drzwi i ukazał się w nich… Nie no, ja chyba śnię. Mam aż takiego kaca czy jakieś halucynacje mnie dopadły, a może jedno i drugie? Granatowy polar w towarzystwie czerwonego krawata przepędził stanowczym gestem Stasia z fotela prezesa i sam usiadł za ogromnym biurkiem. Stasiu spoczął koło mnie. Urażona odsunęłam się na bezpieczną odległość.

Gruby Stach usiadł. Nie zwracając na nas uwagi zaczął coś notować w kalendarzu.

- Posłuchajcie – odłożył wreszcie pióro. – „Jeżeli robisz coś dla siebie, to nie rób tego kosztem innych. Jeżeli robisz coś dla innych, to nie rób tego kosztem siebie”. Jakież to prawdziwe – skonstatował. – Mądrość taoistyczna. Słyszeliście o tym?

Ja miałam dość głupią minę. Na szczęście Staś, ten przystojny, wybawił mnie z konieczności odpowiedzi.

- Panie prezesie czy wezwał nas pan po to, abyśmy porozmawiali o chińskiej filozofii?

Moja mina zrobiła się jeszcze głupsza.

- A tak… – gruby Stach wyszedł zza biurka. – Oczywiście, że nie, ale wpadła mi właśnie w ręce bardzo ciekawa książka – usiadł w fotelu naprzeciwko mnie. – Dążenie do równowagi pomiędzy codziennością, a duchowością, pomiędzy ziemskim a niebiańskim aspektem naszego życia. To fascynujące.  Nieprawdaż pani Gabrysiu? – spojrzał na mnie z błyskiem w oczach.

- Praaawdaaaż – odpowiedziałam przeciągle – ale ja nie bardzo rozumiem…

- Wyjaśnię krótko – pan Stanisław zatrzasnął z hukiem notes. – Kupiłem większościowe udziały w spółce i teraz ja jestem jej prezesem. Wiceprezesem jest  mój syn. Chcielibyśmy rozwinąć naszą działalność i mam nadzieję, że pani nam w tym pomoże. Chciałbym, żeby została pani członkiem zarządu. Proponuję własny gabinet i podwyżkę o trzydzieści procent. Zgadza się pani?

- Kupił… pan… udziały? – wyjąkałam bezmyślnie. – Przecież pan jest ochroniarzem.

- Mam taki zwyczaj, że zanim kupię jakąś spółkę to staram się w niej popracować jako zwykły pracownik. W ten sposób poznaję firmę od podszewki. Wiem, kto jest wartościowym człowiekiem, a kogo powinienem zwolnić. Mam nadzieję, że nie ma mi pani za złe tej małej mistyfikacji. To jak zgadza się pani?

- A kiedy go poznam?

- Kogo?

- Pańskiego syna… – widząc zdziwienie w oczach grubego Stacha dorzuciłam – Tego, który jest wiceprezesem.

- Och, przepraszam. Wydawało mi się, że się już znacie – spojrzał wymownie na przystojniaka.  – To jest mój syn, Stanisław Czapliński.

Synalek wstał ukłonił się szarmancko, po czym usiadł bez słowa, uśmiechając się do mnie przyjaźnie.

- To jak, zgadza się pani?

Pytanie zawisło w powietrzu niczym wypełniony helem balonik. Dyndało ponad naszymi głowami w oczekiwaniu na moją odpowiedź. Miałam ochotę wbić w niego wielką szpilę, by eksplodował z hukiem, porwał się na strzępy, zniknął, bo czułam, że za chwilę to ja eksploduję z wielkim hukiem. Na szczęście mój kac okazał się przyjacielem i nie pozwolił mi na żadne gwałtowne, czytaj: głupie, reakcje. Wbiłam się głębiej w sofę.

- Czyli pan  – zaczęłam cicho, lecz dosadnie – nie jest ochroniarzem, ty nie jesteś akwarystą, a ja jestem kompletną idiotką. Co z wami jest nie tak? – wstałam gwałtownie i zaraz tego pożałowałam, bo zatoczyłam się, jak najgorszy pijaczyna. – Jesteście jakąś stukniętą rodziną przebierańców?

- Słucham? – gruby Stach uniósł brwi.  - Akwarystą? Przebierańców?

-  Panie Staszku… to znaczy panie prezesie – powiedziałam lekceważąc jego zdziwienie –  ja nie czuję się dzisiaj najlepiej, więc jeśli pan pozwoli wezmę dzień wolnego – trzymając już klamkę drzwi w dłoni, odwróciłam się. Piękny synuś prezesa wciąż milczał uśmiechając się milutko.

- Pani Gabrysiu, ja nie do końca rozumiem pani zdenerwowania. Naprawdę byłem ochroniarzem, więc nie oszukałem pani. Przekonałem się jednak, że jest pani uczciwym, pracowitym człowiekiem. Stąd moja propozycja dla pani. Mam nadzieję, że ją pani przyjmie.

– Muszę się nad tym zastanowić. Do widzenia.

Nienawidzę oszustów.

Obym takich oszustów spotykała każdego dnia.

Opublikowano pozory prawdy | Otagowano , , , , | Skomentuj

Coś tu nie gra

30.

Drogę wyjazdową z osiedla zablokowała wielka śmieciara. Była godzina siódma czterdzieści pięć, więc o punktualnym pojawieniu się w pracy mogłam zapomnieć. Sznurek samochodów, który w mgnieniu oka ustawił się za pomarańczowym potworem trąbił jak najęty, a w powietrzu czuć było, delikatnie mówiąc, zdenerwowanie. Jedynie panowie śmieciarze zachowywali spokój. Oni się przecież nie spieszyli do pracy. Patrzyłam z rezygnacją jak powolnym, uważnym ruchem wytaczają niebieskie kubły ze śmietnika, o przepraszam, z altany śmietnikowej. Obserwowałam jak maszyna unosi po kolei pojemniki w górę w celu dokładnego ich opróżnienia. Jeden, drugi, trzeci, piąty. Wreszcie koniec. Wszyscy ruszyliśmy z kopyta warcząc groźnie jak wściekłe psy, by już po chwili jechać pięć na godzinę za śmieciarką aż do końca długiej, wąskiej uliczki. Wreszcie, ze złością na twarzach, łypiąc nienawistnie na panów śmieciarzy, na twarzach których z kolei gościł niczym niezmącony, niemal filozoficzny spokój, wyprzedziliśmy ciężarówkę i każdy dociskając pedał gazu pomknął w swoją stronę nie tracąc złudnej nadziei, że jeszcze ma czas, że jeszcze zdąży.

Cztery minuty po ósmej wpadłam bez tchu do holu zielonego biurowca, pięć po dopadłam do czytnika kart i biegiem ruszyłam przed siebie. Wcisnęłam guzik windy. W tym momencie liczył się tylko i wyłącznie lot na siódme piętro.

- Przeklęty gruchot – mamrotałam naciskając raz za razem przycisk – nigdy go nie ma jak potrzeba. Obok przystanęli inni spóźnialscy. Ktoś powiedział dzień dobry. Odwróciłam się, żeby odpowiedzieć i wtedy przy wysokim pulpicie recepcjonisty spostrzegłam go… Jednym susem dopadłam do czarnego kontuaru.

- Co ty tu robisz!? –  rzuciłam ostrym tonem.

Ochroniarz i Staś przerwali ożywioną dyskusję, spojrzeli na mnie ze zdumieniem. Rozsuwane drzwi windy otworzyły się z furkotem.

- Przestań za mną łazić! – ryknęłam, a mój donośny głos odbił się echem od marmurowych ścian. Pasażerowie stłoczeni w wąskiej kabinie wyciągnęli szyje, żeby sprawdzić, co się dzieje.  – Jesteś jakimś psychopatą czy co?!

Winda jednostajnym, lecz stanowczym ruchem zamknęła swe podwoje. Szmer niezadowolenia niczym biały gołąb wyleciał z jej wnętrza.

- Jak nie przestaniesz to pójdę na policję! – ostrzegłam ostro.

Szczęka ochroniarza opadła. Dosłownie. Stał z otwartymi ustami i z przerażeniem w oczach patrzył na mnie.

Staś spokojnie przeprosił ochroniarza. Wolnym krokiem podszedł do mnie.

- Dzień dobry, Gabrysiu. Jak się czujesz? – nachylił się, a w jego głosie zabrzmiała

autentyczna troska.

Przygryzłam wargi. „Zachowaj spokój! – upomniałam sama siebie – Wystarczająco się wczoraj poniżyłaś.”

- Czuję się świetnie – rzekłam dystyngowanie, modląc się jednocześnie, żeby mój mózg nie rozsadził mi w końcu głowy. – Nie odpowiedziałeś na moje pytanie – lodowate spojrzenie, jakim zmierzyłam przystojniaka zmroziłoby każdego, ale nie jego.

- Przyszedłem do pracy.

- Nakarmić rybki? – sarkazm i złośliwość w czystej postaci. Czy mi się wydawało czy ochroniarz pokręcił z niedowierzaniem głową?

- Oczywiście – potwierdził Stasiu – to także… – dodał i chciał jeszcze coś powiedzieć, ale w tym momencie obok przetoczył się… gruby Stachu!

- Panie Staszku! – nie zważając na uprzejmości porzuciłam Stasia i pognałam za granatowym polarem przyozdobionym, a jakże, w czerwony krawat.

-  Gdzie pan zniknął? Szukałam pana! Ale nikt tutaj o panu nie słyszał! Czy to nie dziwne? Gdzie się pan podziewał? – zasypałam pana Stanisława pytaniami.

Gruby Stachu rzucił krótkie spojrzenie na młodszego Stacha, który chciał do nas podejść, lecz w połowie drogi rozmyślił się.

- Miło panią widzieć, pani Gabrielo, zapraszam – pan Stanisław gestem wskazał na oczekującą windę. Jechaliśmy w milczeniu, a ja patrzyłam na starszego pana z niemym pytaniem w oczach. Lecz on nie spieszył się z odpowiedzią.

- Pracuję raz tu, raz tam – wyjaśnił enigmatycznie. -  Zatrudnia mnie zewnętrzna firma – dodał, po czym zanucił unosząc głowę do góry – „I powiozą mnie windą do nieba

- Ach… no tak…

Przyjrzałam mu się uważnie. Przez te kilka tygodni zeszczuplał co nieco, ale jego postura nadal była niczego sobie.

- O! I jesteśmy – przepuścił mnie przodem.

- Pan też tutaj? – zapytałam zdziwiona widząc, że podąża moim śladem.

- Tak, tak. Mam do załatwienia kilka spraw. Do zobaczenia pani Gabrielo.

Zostawił mnie samą w pustym korytarzu i pewnym krokiem udał się w stronę sekretariatu. Wszedł nawet nie pukając. Przez uchylone drzwi widziałam jak sekretarka zerwała się na równe nogi.

- Coś mi tu nie gra… – pomyślałam, patrząc za nim. – Tylko, co? Oszołomiona wczorajszym szaleństwem usiłowałam złapać tę myśl, która powinna mi teraz przyjść do głowy, ale niestety moja głowa była aktualnie na zwolnieniu chorobowym. Tej to dobrze. Słaniając się powlokłam się do swojego biurka.

Opublikowano pozory prawdy | Otagowano , , | Skomentuj

Wpływ rozpadu małżeństwa Angeliny Jolie i Brada Pitt ’a na życie zwykłego człowieka – według doktora habilitowanego Jacka Wasilewskiego

Brangelina  – boska para, która właśnie umarła na Olimpie. Szok, niedowierzanie, bezsilność i rzewne łzy całego świata. My –  małe, zwykłe, bezbarwne ludziki czujemy pustkę i beznadzieję. Straciliśmy wiarę w ludzi i udane małżeństwo.

Naprawdę?

Płaczecie  po śmierci Brangeliny???

Mnie życie tej dwójki w ogóle nie interesowało. Bo JA żyję SWOIM ŻYCIEM tu i teraz i nie potrzebuję żadnych fizycznych/realnych symboli „boskiej, trwałej monogamii” ani też NIGDY nie pomyślałabym, że to, co się dzieje pomiędzy tą parą jest „ważniejsze niż świat”.

Pożycie małżeńskie pięknej Angeliny i przystojnego Brada nie obchodziło mnie w ogóle, a tym bardziej nie dawało „niezwykłej mocy mojemu zwyczajnemu życiu”. Ja kocham moje zwyczajne życie i sama daję mu moc – niezwykłą oczywiście.

Ładnie i naukowo napisane (ANGORA nr 40, 2.X.2016 r. ):

Śmierć na Olimpie, ANGORA  nr 40 2016 rPs. Czego to te uczone „doktory” nie wymyślą. No, ale ja się nie znam. Ja jestem tylko prostym człowiekiem, żadnym doktorem, a tym bardziej habilitowanym.

Opublikowano prawda | Otagowano , , | Skomentuj

Tańcz głupia tańcz

29.

Jednak mnie nie znalazł. Ani później, ani następnego dnia, ani nawet po tygodniu. Byłam na siebie zła, bo czułam rozczarowanie.

- Właściwie to co ja sobie myślałam? Co właściwie chciałam? Zakochać się? – warczałam ze złością sama na siebie, nerwowo przetrząsając torebkę w poszukiwaniu kluczy do mieszkania.

- O nie, dziękuję. Niepotrzebny mi kolejny, nieudany związek pełen żalu, wyrzutów, pretensji… Wolę mój spokój i ciszę! – rzuciłam ostro w pustą przestrzeń przedpokoju i wtedy mnie znokautowała. Walnęła bez uprzedzenia. Wrzasnęła przy tym tak, że w uszach zadudnił wielki dzwon Zygmunta. Stanęłam na wycieraczce gotowa do walki. Nie poddam się tak łatwo. Parszywa, nędzna Cisza zawzięcie straszyła z głębi mieszkania, ryczała coraz głośniej, jakby chciała mnie stąd przepędzić. Gardziłam nią i bałam się jej. Była złym duchem strzegącym zazdrośnie swego (mojego?) domostwa. Coraz częściej nie pozwalała mi wejść do środka. Zmagałam się z tym uczuciem od jakiegoś czasu. Cisza i porządek panujące obecnie w mieszkaniu stały się moimi śmiertelnymi wrogami. Kiedyś marzyłam o chwili spokoju, a dzisiaj oddałabym wszystko za chaos, hałas, rozgardiasz… „Jeśli Bóg chce cię ukarać, spełnia twoje prośby” uświadomiła mi niedawno Meryl Streep w „Pożegnaniu z Afryką”. Tak więc zostałam ukarana. Zrezygnowana powlokłam się do kuchni. Zakupy na stół, serek do lodówki, szklanka do zlewu, talerzyk do…

- O nie! – syknęłam ze złością, gdy poczułam na karku duszny oddech wściekłej Ciszy. Rąbnęłam talerzem o podłogę. Rozpadł się na tysiąc drobnych kawałków. Wiadomo. Poczciwy duralex. Włączyłam radio, a potem jeszcze telewizor. Otworzyłam szeroko okna, by szum ulicy zabił wreszcie tę cholerę. Na koniec nalałam sobie czerwonego wina do kieliszka i mało elegancko wypiłam jednym haustem, po czym od razu nalałam drugi.   Po czterech „kolejkach”, wypitych w iście maratońskim tempie, całe moje zdenerwowanie odeszło w niepamięć. Byłam wesoła, lekka i wyluzowana. Radio bębniło na cały regulator, a w telewizorze jakaś pulchna niewiasta tłukła po głowie chudego mężczyznę, gdyż ten zrobił coś, co owej pani się nie spodobało. Pasjonująca historia i równie pasjonujące aktorstwo aktorów-amatorów w tzw. dokumencie fabularyzowanym, które, po kolejnych dwóch kieliszkach, w mojej ocenie zasługiwały co najmniej na Oskara. Kiedy nieźle już zamroczona na cały głos śpiewałam z Panasewiczem: „tańcz głupia, tańcz, wielki bal sobie spraw! To wszystko, co dziś możesz mieć…” do mojej głowy przedarł się natarczywy dźwięk dzwonka. Zlekceważyłam go, ale spryciarz nie dawał za wygraną. Dzwonił i dzwonił bez przerwy. Dziwiłam się trochę, dlaczego muzycy z Lady Punk wpletli tak niedorzeczne dzwonienie w tę fantastyczną piosenkę, ale w sumie nie przeszkadzało mi to. Dopiero pod koniec utworu zrozumiałam, że dziwaczne dzwonienie dochodzi z przedpokoju, a nie z radia. Podrygując w rytm muzyki potańcowałam otworzyć.

- Ryan! – ucieszyłam się na widok przystojnego blondyna stojącego za progiem.

- Proszę? – zbity z tropu, ściskając butelkę szlachetnego trunku w ręce popatrzył na mnie niepewnie.

- To znaczy… – próbowałam opanować nagłą wesołość i chwiejność w nogach. Nie bardzo mi się to udawało.

- To znaczy nie Ryan tylko ten… no… ten… – pacnęłam się wolną ręką w czoło, w drugiej dzierżyłam dzielnie kieliszek –  jak mu tam… Daniel! -  przypomniałam sobie wreszcie. Strasznie byłam z siebie zadowolona. Daniel trochę mniej.

- Może przyjdę innym razem? – cofnął się o krok.

- Ależ skąd! Wchodź! – pociągnęłam go energicznie za rękaw białej tym razem koszuli. – Śledzisz mnie? – zapytałam radośnie, po czym wraz z zespołem Vox zaryczałam: „Rycz mała rycz! Płacz maleńka płacz, lalalalala”!

- Proszę!? – Daniel wykrzywił uroczo twarz w grymasie zdziwienia, a może szoku?

- Pytałam, czy mnie śledzisz! – powtórzyłam i nie czekając na wyjaśnienia, zostawiłam osłupiałego gościa w otwartych drzwiach. Lekkim (przynajmniej tak mi się wydawało), tanecznym krokiem udałam się w kierunku kuchni, aby dolać sobie co nieco do pustego już kieliszka.

- Dlaczego miałbym to robić? – Daniel omiótł szybko wzrokiem kuchnię. Zaczynał rozumieć, co się ze mną dzieje. Nie było to zresztą trudne. Na stole stały trzy butelki, dwie puste, a trzecia prawie pusta.

- To skąd wiesz, gdzie mieszkam? – zapytałam triumfalnie, wpadając w zachwyt nad swoimi nieprzeciętnymi zdolnościami dedukcyjnymi. Wycelowałam oskarżycielsko wskazujący palec w jego stronę. Strzał niestety był trochę niecelny. Z uporem maniaka, a raczej pijaka, wskazywałam na wiszący na ścianie kuchenny fartuch. Kurcze. Zawsze miałam słabą głowę. Daniel nie odpowiedział. Najpierw wyłączył wyjące radio, potem poszukał telewizora, z którym także szybko się rozprawił, na koniec pozamykał okna. Ze szklanej szafki wyciągnął kieliszek, by nalać sobie resztę czerwonego wina, po czym usiadł na naprzeciwko mnie. Zaopatrzywszy się w swój popisowy uśmieszek, popatrzył mi prosto w oczy. Ja także wlepiłam w niego wzrok, co biorąc pod uwagę wypite procenty nie było łatwe. Taka szczenięca zabawa, kto kogo przetrzyma.

- Mam na imię Staszek.

- A ja Nel – palnęłam bez zastanowienia wyciągając rękę po przyniesiony przez Daniela trunek. Był szybszy. Postawił butelkę na podłodze obok swojego krzesła.

- Na dzisiaj ci wystarczy – oznajmił ojcowsko pouczającym tonem. Wkurzył mnie.

– Posłuchaj Danielku drogi…

- Staszku. Albo Stasiu, moja droga Nel.

- Wypchaj się.

Chwiejnym krokiem udałam się do salonu. Miałam tam ukryty koniaczek dla niespodziewanych gości, a taki się właśnie pojawił. Mały kieliszeczek jeden, i zaraz drugi, a po nim szybciutko trzeci…

- Ej, co ty wyprawiasz?! Oddaj mi to!

Daniel gwałtownie wyrwał mi butelkę z ręki, po czym nie zważając na moje protesty spokojnie pomaszerował do łazienki. Naparłam na niego całą swoją słabnącą mocą, a on, odpychając mnie jedną ręką, wylał szlachetny trunek do umywalki. Szarpałam go z wściekłością za koszulę.

- No i coś ty zrobił! Ty… ty… ty… – usilnie szukałam odpowiedniej obelgi – ty walnięty świrze!

Niestety nic lepszego nie przyszło mi do głowy. Chciałam rzucić się na niego z pięściami i tłuc go tak długo, aż znikną wszystkie moje żale, tęsknoty, rozgoryczenia, rozczarowania. Miałam ochotę wlać mu za wszystkie niepowodzenia i porażki. Uniosłam zaciśnięte w pięści dłonie.

Staszek nie drgnął. Przyglądał mi się.

- Jutro będziesz się tego wstydziła.

- Nie twój zasrany interes! – wycedziłam przez zęby. Chciałam jeszcze coś dodać, ale w tym momencie mój wzrok padł na lustro. Mimo, że obraz kołysał się jak szalony, wyraźnie widziałam jakąś starą, brzydką, wykrzywioną babę z czerwoną, nabrzmiałą, wręcz szpetną twarzą. Nie wiem, kim ona była. Nie znałam jej. Ale z pewnością to nie byłam ja. Bo ja, w przeciwieństwie do tej w lustrze, zawsze jestem miła i kulturalna. Zasadnicza i wymagająca. Zadbana, silna, grzeczna, fałszywie uśmiechnięta, a przede wszystkim zdyscyplinowana i opanowana. Po prostu perfekcyjna. Nigdy nie tracę kontroli i równowagi.  A teraz… teraz patrzył na mnie słaby, bezwartościowy, marny człowieczek. Tchórzliwa, bezsilna miernota, jakimi gardziłam.  W jednej sekundzie mój bojowy nastrój prysł jak bańka mydlana. Dla odmiany zachciało mi się płakać. Wyć z żalu nad swoim nieudanym życiem. Staszek chwycił mnie pod ramię i wyprowadził do salonu. Posadził na kanapie. Skuliłam się. Ciężką głowę oparłam na kolanach.

- Długo jeszcze masz zamiar użalać się nad sobą?

- Co?

- Weź się wreszcie w garść. To, że zostałaś sama nie oznacza końca świata.

- Skąd wiesz, że zostałam sama? – wybełkotałam resztkami przytomności. – I skąd wiedziałeś gdzie mieszkam?  – w mojej głowie narastał coraz głośniejszy szum. Salon wirował w obłąkańczym pędzie, a wraz z nim i Staś. Staszek nie odpowiedział. Zaniósł mnie do sypialni. Otulił kołdrą, odgarnął opadający na czoło kosmyk włosów. – Śpij moja Nel  - wyszeptał, całując mnie delikatnie w usta.

Opublikowano pozory prawdy | Otagowano , , , | Skomentuj

Perspektywa

28.
W moim pokoju urzędowały już dwie koleżanki, Marta i Gośka. Powitanie było raczej chłodne. Żadnego „Hej! Jak się masz? Jak było na urlopie?”. Nic. Tylko „cześć”, „cześć”. I tyle. Widać mój wyjazd na szkolenie zamiast Marty nie został mi wybaczony. I wygląda na to, że nigdy nie będzie. Było mi wszystko jedno. Nie odzywając się włączyłam komputer. Zapchana skrzynka mailowa krzyczała wiadomościami od współpracowników. Musisz policzyć to, zrobić zestawienie, rozliczyć sprzedaż, skontaktować się z tym i tamtym… Wyłączyłam ją jednym, celnym kliknięciem. Zgiń, przepadnij ty wstrętna pokrako. Opierając brodę na zwiniętej w pięść dłoni, wbiłam wzrok w czarną klawiaturę z taką natarczywością, jakbym chciała wyczytać z niej odpowiedzi na wszystkie frapujące mnie pytania.
– Przystojny ten… no właśnie, kto? – nie pamiętałam nawet jego imienia. Może ja mu się podobam? Taaaa… jasne… ja, szara, „nie zrobiona” kobieta w średnim wieku i on błękitnooki, tajemniczy mężczyzna. Od użalania się nad sobą, w głowie mi się pomieszało. Czas zabrać się do pracy i przestać fantazjować.
„W przypadku przemieszczenia towarów, o którym mowa w artykule… ustęp trzeci, do miejsca odpowiadającego magazynowi konsygnacyjnemu… ich późniejszej dostawy podatnikowi podatku od wartości dodanej, obowiązek podatkowy powstaje… pod warunkiem, że…”
- Przepraszam – znajomy głos przerwał moje ponad godzinne rozpaczliwe próby przebrnięcia przez ustawę ministra finansów w sprawie… w jakiejś tam sprawie. Podniosłam głowę znad kartki. Marta i Gośka stały niemal na baczność wyprężając swe ładne, kształtne piersi. Z zachwytem w oczach wpatrywały się w wetkniętą w uchylone drzwi głowę. Niebieski wzrok zabłyszczał niczym tafla niezmąconego Spokojnego Oceanu, przesunął się po stojących dziewczynach i utkwił swe przenikliwie falujące spojrzenie we mnie.
- Miałaś przyjść obejrzeć akwarium.
W dziewczyny strzelił piorun. Osunęły się na fotele. Z zaciśniętymi ustami spojrzały najpierw na siebie, a potem na mnie.
- Ach tak… rzeczywiście. Już idę – zdecydowałam szybko nie chcąc przedłużać cierpień swych uroczych koleżanek i zastanawiając się jednocześnie, od kiedy to jesteśmy z przystojniakiem na ty. W progu usłyszałam donośny szept Marty: „Widziałaś? Ledwie wróciła, a już go omotała. Zdzira!” Omotała? Kogo? Faceta od akwarium? Zażenowana spojrzałam ukradkiem na mojego kolegę. Na szczęście nie usłyszał słów Marty. Czym prędzej zamknęłam za sobą drzwi.
Akwarium stało z prawej strony wielkiego biurka prezesa, tuż przy wysokim oknie tak, że promienie słoneczne z łatwością przenikały przez szklany pojemnik dając wnętrzu namiastkę prawdziwej natury w tym sztucznym środowisku.
- Siadaj – rozkazał znajomy-nieznajomy wskazując gestem fotel szefa.
Usiadłam posłusznie, obróciłam się i nachyliłam twarz ku akwarium. Bez słowa obserwowałam leniwie pływające rybki, czerwonawe rośliny, kolorowe kamyki, maleńkie muszelki ułożone starannie wzdłuż ścian, falującą lekko wodę i bąbelki powietrza unoszące się powoli ku powierzchni. Uległam urokowi tego mikroświata zamkniętego w szklanych ramach. Nie myślałam o niczym. Tylko cisza i spokój. Jeden, dwa, trzy, twoje powieki robią się ciężkie… niebieska rybka przepłynęła w prawo, cztery, pięć, sześć, czujesz się lekka i wolna… czerwona rybka przepłynęła w lewo, siedem, osiem, dziewięć… zaśniesz, kiedy powiem dziesi…
- No i?
Rozmyta, przymglona twarz wyłoniła się nagle po drugiej stronie wody. Wyrwana brutalnie ze stanu samohipnozy walnęłam nosem o szybę.
- No i co? – zapytałam ze złością masując swój obolały narząd powonienia.
- Podoba ci się? – zapytał, wciąż patrząc przez akwarium.
- Owszem. Ładne, chociaż glonojad jest wyjątkowo obrzydliwy.
- Ale pożyteczny – blond czupryna wyjrzała znad akwarium. – Widzę, że się na tym znasz.
- Tylko trochę. Mam dwójkę dzieci.
- Tak… to wiele tłumaczy – pokiwał głową i znowu przykucnął, by spojrzeć do wnętrza. Gapiliśmy się bez słowa dobrych kilka minut. Tym razem jednak widok małych żyjątek uwięzionych dla rozrywki człowieka w akwarium przygnębił mnie.
- Biedne rybki – stwierdziłam posępnie – całymi dniami muszą pływać tam i z powrotem na tej swojej małej, ograniczonej przestrzeni. To szczęście, że nie mają pojęcia, co tracą i jak puste i beznadziejne wiodą życie. Wyobraź sobie, jakie katusze przeżywałyby, gdyby umiały myśleć, gdyby wiedziały, że są czyimiś więźniami, a ich świat nie jest całym, skończonym światem.
- A my? – zapytał patrząc mi prosto w oczy. – Także pływamy całymi dniami z prawa do lewa na bądź co bądź ograniczonej przestrzeni. Karmimy się rzucanymi nam okruchami szczęścia i nie mamy pojęcia, co tracimy i jak puste i beznadziejne wiedziemy życie. Wyobraź sobie, jakie katusze przeżywalibyśmy, gdybyśmy potrafili zrozumieć to, co wciąż pozostaje poza naszymi możliwościami percepcyjnymi, psychicznymi czy Bóg wie, jakimi jeszcze.
Wow. Punkt dla ciebie przystojniaku.
- Na szczęście jesteśmy ograniczeni własnymi umysłami i zmysłami, co umożliwia nam w miarę spokojne funkcjonowanie – zripostowałam podnosząc się z fotela. – I teraz, jako ułomny i nic nie wiedzący człowiek, mogę spokojnie udać się do swojego biura, aby na bardzo ograniczonej przestrzeni kontynuować sumienne wykonywanie mojej pracy, która we wszechświecie znaczy tyle samo, co nic. Cześć! – rzuciłam przez ramię.
- Do zobaczenia Gabrysiu.
Zesztywniałam z ręką na klamce. Niczym rewolwerowiec odwróciłam się powoli z zaciętym wyrazem twarzy.
- Przepraszam, ale nie pamiętam jak się nazywasz. I w ogóle nie pamiętam, kiedy przeszliśmy na „ty” – wycedziłam oschle. Nagła zmiana w moim zachowaniu z pewnością go zaskoczyła, ale nie dał nic po sobie poznać.
- Stanisław Czapliński. Miło mi panią ponownie poznać – odpowiedział nie tracąc dobrego humoru. – A z tym „na ty” to jakoś tak samo wyszło. Przepraszam, jeśli cię, to znaczy panią, uraziłem.
Uśmiechnął się tym swoim zniewalającym uśmiechem. Ach.
- Nie. Nie uraziłeś – odparłam nieco łagodniejszym tonem. – Miłego dnia.
- Znajdę cię później – rzucił, kiedy zamykałam za sobą drzwi. Miałam ochotę zapytać po co, ale nie zrobiłam tego. Wróciłam do swojego pokoju, gdzie czekały już na mnie dwie wygłodniałe piranie. Głupie flądry. Nie wiedzą, że to ja jestem żarłoczną piranią.

Opublikowano pozory prawdy | Skomentuj

Teatr

27.

Niebo nade mną było piękne i spokojne. Patrzyło nieruchomym wzrokiem na poranny zgiełk i nerwowy pośpiech panujący w dole.

- O kur…! – zakrzyknął gromko jakiś młodzieniec, któremu dosłownie sprzed nosa uciekł autobus.

Niebo uśmiechnęło się wyrozumiale. Pokiwało majestatycznie pierzastą głową zazdroszcząc ludziom ich życia bez zrozumienia, bez świadomości prawdy.

Rozejrzałam się. Wokół szare, zmęczone istnienia wyczekujące nerwowo na właściwy numer, który powiezie ich do celu w celu rozwiązania szeregu niecierpiących zwłoki problemów, odbębnienia jakiejś nudnej, słabo płatnej roboty albo w celu osiągnięcia lepszego wykształcenia, po to, aby w dalszym życiu nie trzeba było ciężko harować i wypatrywać niebieskiego autobusu.

- Dzień dobry! Proszę wsiadać, podwiozę panią! – czarny, nieduży samochód z piskiem zatrzymał się przy krawężniku. Cały „przystanek” łącznie ze mną spojrzał na kierowcę, niemal leżącego na przednim siedzeniu pasażera.  Nastała chwila konsternacji.

- Zapraszam! – mężczyzna z auta uśmiechnął się i otworzył szeroko drzwi, na co wszyscy jak na zawołanie wlepili wzrok we mnie.

O tak wczesnej porze słabo myślę, więc dopiero po chwili dotarło do mnie, że ten człowiek mówi do mnie.

- Nie, dziękuję – odpowiedziałam oschle, przeklinając go za to niepotrzebne nikomu, a zwłaszcza mi, przedstawienie. -  Zaraz będzie mój autobus – dodałam wyniośle. Ma mnie za idiotkę? Nigdy nie wsiadłabym do auta obcego faceta.

Ludzie znowu spojrzeli na mężczyznę wciąż wiszącego nad siedzeniem pasażera.

- Ależ po co ma pani jechać w tłoku? Dla mnie to naprawdę żaden kłopot. Zapraszam! – zachęcił gestem dłoni.

Ludzie zaczęli się zachowywać jakby oglądali mecz tenisowy. Czując ich, nie tylko wyczekujące, ale i zazdrosne spojrzenie, starałam się opanować wzbierającą złość. Co to za popieprzony dupek!?

- Naprawdę miło z pana strony – wycedziłam przez zaciśnięte usta – ale dokładnie za dwie minuty nadjedzie mój autobus.

Wzrok tłumu przerzucił się ponownie ze mnie na kierowcę.

- Ależ ja jadę w pani kierunku. Proszę wsiadać!

I znowu wszyscy spojrzeli na mnie w oczekiwaniu na moją reakcję. Zanim jednak zdążyłam coś wykrztusić usłyszałam zza pleców:

- Ja chętnie z panem pojadę skoro ta pani nie chce…

Słodka blondyna w seksownej mini, ładnie kołysząc biodrami stanęła tuż przede mną, zasłaniając swoim chudym tyłkiem widok na natręta. I dobrze.

Wniebowzięty tłum taksował teraz z zainteresowaniem dziewczynę. Chwilowo wypadłam z gry.

- Bardzo mi przykro, ale ja nie jadę w pani kierunku – usłyszałam uprzejmy, ale stanowczy głos zza blondyny.

Ludzie uśmiechając się ironicznie przyglądali się dziewczynie.

- Ale ja mogę pojechać w pana kierunku – zauważyła błyskotliwie blondi.

- Nie dziękuję – odparł mężczyzna. – Już mówiłem, jadę w kierunku tamtej pani.

- Nie to nie – obrażona panienka odwróciła się do mnie, wydęła wargi. – Weź go sobie jak już tak nalega, bo później będziesz żałowała – poradziła z westchnieniem.

- Ach – mężczyzna z czarnego auta stuknął się w czoło. – Pani mnie nie poznaje! Byliśmy razem na szkoleniu! Proszę wsiadać. Jadę właśnie do pani firmy.

Na moje szczęście nadjechał autobus. Poranny, darmowy teatr dobiegł końca. Publiczność myślała już tylko o tym, aby załapać się na miejsca siedzące. Ja wciąż stałam niezdecydowana, badawczo przyglądając się mężczyźnie w niebieskiej koszuli. Uśmiechał się lekko i tajemniczo. Jak mogłam go nie poznać? Przecież to przystojniak będący skrzyżowaniem Ryana z Craigiem! Szczerze mówiąc to ledwo go znałam. Zamieniliśmy kilka nic nie znaczących słów przy jakimś śniadaniu czy kolacji. To wszystko.

- Ach to pan – wyjąkałam.

- Niech pani wsiada nie mogę tutaj dłużej stać.

Wsiadłam.

- Skąd pan wie gdzie ja pracuję?

- Od pani.

- Naprawdę? – przyjrzałam mu się podejrzliwie. Nie przypominam sobie, żebym na szkoleniu mówiła komukolwiek gdzie pracuję.

- Tak – odparł krótko z nieodłącznym uśmieszkiem Ryana na twarzy. Westchnęłam bezgłośnie. Jechaliśmy w milczeniu. Z radia popłynęła piosenka. Stara piosenka, z lat młodzieńczych mojej mamy. Zupełnie o niej zapomniałam, a przecież kiedyś bardzo ją lubiłam. Ze zdziwieniem stwierdziłam, że do dzisiaj pamiętam każde jej słowo. W myślach razem z wokalistą śpiewałam na całe gardło:

„Popłyniemy białym latawcem
On przyrzeka, ona mu wierzy
Wiatr na wzgórzach zbiera dmuchawce
Ktoś na alarm w chmurę uderzył.

Płyną, płyną, płyną nad ciszą
Pewnie siebie już nie usłyszą
On ją woła, ona nie słyszy
Sen, bezsenny sen ją kołysze
On latawcem białym na niebie,
Ona płynie dokoła siebie
Płoną chmury w pijanej bieli
Rozpłynęli się, rozpłynęli”

 

Kiedy zaparkowaliśmy przed zielonym biurowcem byłam zamyślona, smutna. To przez tę piosenkę, która niczym powiększalnik wywołała wspomnienia ze starej odnalezionej niespodziewanie po latach kliszy…

- Pomoże mi pani? – zapytał cicho, podając mi foliowy woreczek wypełniony wodą.

- Brzanki? – zdziwiłam się. – Po co panu rybki do biura?

- Mam akwarium. Głupio by było gdyby stało puste  – wyjaśnił wyciągając z bagażnika pokaźnych rozmiarów szklany pojemnik.

- Rzeczywiście, byłoby głupio – potwierdziłam. Nie pytałam o nic więcej. Nie chciało mi się już z nikim rozmawiać, co nie wróżyło najlepiej na resztę pierwszego po urlopie dnia. Posłusznie podreptałam za niebieską koszulą, której intensywny błękit jak morska latarnia wskazywał mi drogę. Tak dotarliśmy do pokoju, w którym urzędował kiedyś stary prezes. Dwa miesiące temu sprzedał firmę i odszedł na emeryturę. Od tej pory biuro stało puste.  Sekretarka z szacunkiem przywitała mojego towarzysza, mnie omiotła ciekawskim spojrzeniem, albo może zawistnym? W każdym razie o nic nie pytając wpuściła nas do pokoju szefa.

- A… – domyśliłam się – Pan jest z firmy zakładającej akwaria. To dla nowego prezesa? – zapytałam rozglądając się gdzie położyć foliowy woreczek.

- Tak. Obserwowanie milczącego świata wewnątrz akwarium bardzo odpręża. Nie sądzi pani?

Wzruszyłam ramionami.

- Może… nie wiem. Muszę iść do swojej pracy. Do widzenia!

- Niech pani przyjdzie za godzinę obejrzeć gotowe akwarium – uśmiechnął się zmrużywszy oczy.

Opublikowano pozory prawdy | Otagowano , | Skomentuj